• STRONA GŁÓWNA
  • O MNIE
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Facebook YouTube

Polka w Hanboku


Gwangalli w Busan jest moją ulubioną plażą - dlatego bardzo się cieszę, że mieszkanie, które wynajmuję na czas rocznego pobytu w Korei znajduje się ok. 20 minut transportem publicznym właśnie od tego miejsca. 

Pewnej soboty (pierwszej po wprowadzeniu się do mieszkania) wybrałam się na Gwangalli. Chciałam wpaść do punktu informacji turystycznej po mapę Busan (czy wspominałam, że kocham papierowe mapy i to właśnie dzięki nim odkrywam najpiękniejsze miejsca?), a potem rozsiąść się na piasku i trochę pouczyć koreańskiego. Gdy dotarłam na miejsce, natrafiłam na masę ludzi, muzykę, służby publiczne i mnóstwo wszystkiego wokół mnie - okazało się, że trwa właśnie drugi dzień festiwalu Eobang, o którym nie miałam pojęcia! 


Gwangalli Eobang Festival to trzydniowe wydarzenie o bardzo dużej skali. Jest organizowany od 2001 roku, a jego celem jest przede wszystkim upamiętnienie powstania organizacji Eobang oraz podkreślenie ważności ochrony morza i środowiska. 

Myślę, że to moja koreańska intuicja przywiodła mnie na Gwangalii w momencie, gdy odbywał się tam festiwal ^^ (przyznam, że mam szczęście do takich rzeczy!)  Przyjechałam o wręcz idealnej godzinie - za chwilę miała rozpocząć się jedna z najważniejszych atrakcji festiwalu, czyli Gyeongsang Jwasusa Parade. Parada trwała ok. półtorej godziny i była bardzo barwna, radosna i efektywna. Zaprezentowało się podczas niej kilkanaście grup i z tego co zaobserwowałam, najprawdopodobniej byli to przedstawiciele lokalnych organizacji - stowarzyszeń wędkarskich, performerów, zespołów tanecznych, aktorskich i mundurowych. Wiele z nich przygotowało mini występy podczas parady, do których członkowie angażowali publiczność. Było mnóstwo śpiewów, tańców, robiących wrażenie sztuczek - czyli koreańskie "heung" (performance spirit) w czystej postaci! Bawiłam się naprawdę świetnie! 

Musical Eobang

Zachęcona pierwszym dniem, wybrałam się także na Gwangalli w niedzielę, przede wszystkim aby obejrzeć zaplanowane występy na głównej scenie: Eobang Romantic Busking oraz Musical Eobang. Podczas pierwszego trzej lokalni artyści (dwa zespoły i jeden solista) zaprezentowali swoją muzykę oraz umiejętności wokalne. Natomiast jeśli chodzi o musical - było to naprawdę cudowne widowisko! Stroje, piosenki, choreografie, głosy głównych wykonawców, wszystko robiło ogromne wrażenie. 

Fabuła musicalu była bardzo angażująca, ale miała też głębsze przesłanie - odwoływała się do ton śmieci wrzucanych do morza i była apelem o ochronę morza, środowiska i zasobów naturalnych. Główny bohater, policjant Namwoo, pilnujący porządku na plaży, nagle zostaje przeniesiony do XVI-wiecznego Joseon i wioski Suyeong. Spotyka tam Kkotnim (Panią Kwiat), szamankę służącą bogowi morza. Kkotnim prosi Namwoo o pomoc w rozwiązaniu problemu, z którym boryka się społeczność Suyeong - konfliktu pomiędzy żołnierzami a rybakami. 

Fabuła odnosi się do historii XVI-wiecznego Suyeong i bardzo ważnego wydarzenia z tamtych czasów - nawiązania współpracy pomiędzy wojskiem a rybakami w zdobywaniu ryb i powstania Eobang, rybackiej organizacji powstałej ku promowani branży rybnej oraz organizowaniu szkoleń dla wędkarzy. 

Spoiler: Namwoo i Kkotnim udaje się zjednoczyć ludzi i zażegnać konflikt, ale okazuje się, że tak naprawdę problem leży głębiej. Morze się buntuje! Wszystko przez to, że jest sukcesywnie zanieczyszczane. Dlatego też dwójka głównych bohaterów wraca do teraźniejszości z apelem - dbajmy o morze! Jednoczmy się i pamiętajmy ochronie środowiska. 


Barwne, radosne i piękne trzy dni

Program festiwalu był bardzo bogaty - nie wystarczyłoby  znaków, aby to wszystko opisać. Z każdej strony coś się działo, wszędzie można było coś obejrzeć, czegoś posłuchać, w coś zagrać, coś zjeść. Przez wszystkie trzy dni festiwalu rozstawiona była wioska tradycyjnych chatek, a w każdej z nich działo się coś innego. Można było wypożyczyć hanbok, spróbować swoich sił w przeciąganiu liny albo łapaniu ryb gołymi rękami, można było dowiedzieć się więcej o tym, jak Busan angażuje się w ochronę środowiska. 


W piątek i sobotę wieczorem odbywał się dodatkowo świetlny pokaz dronów - więc atrakcji naprawdę było mnóstwo i absolutnie nie można było się nudzić! Ja byłam zachwycona. I choć pojechałam na Gwangalli Beach tylko po to, aby zdobyć mapę i przez godzinkę pouczyć się koreańskiego, zostałam całkowicie pochłonięta energią i atmosferą festiwalu - to były cudowne trzy dni!

Jeśli będziecie w Busan w okolicach czerwca, gorąco polecam wybranie się na festiwal Eobang. Można doświadczyć prawdziwej, busańskiej energii i tradycji, a przy okazji dowiedzieć się czegoś wartościowego o historii Korei i jej drugiej największej metropolii.
Share
Tweet
Pin
Share
No comments

 



    Książka Hwang Bo-reum o kameralnej księgarni w dzielnicy Hyunam w Seulu zyskała ogromną popularność. Tak przynajmniej twierdzi opis na okładce, a ja jestem skłonna mu uwierzyć. Chyba każdemu znany jest koreański (azjatycki) kult pracy, a bardziej wtajemniczeni wiedzą, czym jest "ppalli, ppalli", czyli motto Koreańczyków oznaczające "szybko, szybko" i odzwierciedlające ich pogoń - za karierą, za sukcesem i w ogóle za wszystkim. "Witajcie w księgarni Hyunam-dong" opisuje codzienność będącą całkowitym przeciwieństwem tego, co opisałam wyżej - powolną, zwyczajną, wypełnioną małymi chwilami radości, wolną od jakiegokolwiek pośpiechu i presji otoczenia. Myślę, że lektura tej książki, dla Koreańczyków nauczonych życia w ciągłym pędzie, mogła być przyjemną odskocznią, a może nawet skłonić do refleksji i zmiany swojego życia? Przyznam się Wam - do mnie też przemówiła. 

Powieść o Hyunam-dong, małej koreańskiej księgarni, zainteresowała mnie od razu, gdy tylko wpadłam na wzmiankę o niej w mediach społecznościowych. Ale polskie recenzje trochę mnie zasmuciły - spotkałam się raczej z negatywnymi opiniami, określającymi książkę jako przeciętną i wydaną tylko dlatego, że należy do popularnego ostatnio gatunku "healing". Moim zdaniem, ta książka ukazała się po prostu w nieodpowiednim momencie, a dokładnie - za późno, gdy już wszystkim takie ciepłe, powolne powieści o zwyczajnym życiu zdążyły się przejeść. 


Główną bohaterką jest Yeong-ju, kobieta dobiegająca czterdziestki, która nie dawno rzuciła korporacyjną pracę, rozwiodła się z mężem i spełniła swoje marzenie - otworzyła księgarnię. W "Hyunam-dong" nie ma porywającej fabuły. Nie ma wyrazistych bohaterów, żadnych zwrotów akcji. Właściwie żadnej akcji. A mimo to czytałam tę książkę z zaciekawieniem i wręcz chciałam do niej wracać. W kolejnych rozdziałach poznajemy innych bohaterów, osoby najbliższe Yeong-ju - żadna z nich nie ma fascynującej historii, a jednak każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. Autorka wiele miejsca poświęca na opisywanie samej księgarni, jej rozwoju i drogi, jaką przeszła jej założycielka - bardzo podobał mi się ten wątek. Choć możliwe, że w obecnym, trudnym świecie niektóre z tych rzeczy mogłyby się nie wydarzyć, to jednak pokrzepiające było obserwowanie na kartach książki tego, jak księgarniany biznes się rozkręca. Myślę, że niektóre z działań promocyjnych wymyślonych przez autorkę mogłyby być dla niektórych dobrą inspiracją we własnych biznesach! 

Swoją drogą, książka jest przepięknie wydana, a najbardziej uroczym elementem jest rysunek pani spacerującej z pieskiem na końcu każdego rozdziału. Im dalszy rozdział, tym dalej od początku kartki znajduje się rysunek i wydaje się, jakby pani szła coraz dalej! Bardzo doceniam ten detal. 

Komu polecam tę książkę? Wydaje mi się, że może spodobać się tym, którzy w jakiś sposób mogą utożsamić się z którymś z bohaterów albo tym, którzy nie za bardzo wiedzą, w jakim kierunku pójść w życiu i potrzebują ciepłego pocieszenia. To jest książka idealna na spokojne, jesienno-zimowe wieczory, gdy chcemy po prostu poczytać coś lekkiego, ale z przesłaniem. Ja właśnie czegoś takiego potrzebowałam ⭐

Mana ♡
Share
Tweet
Pin
Share
No comments

Jednym z moich głównych postanowień na czas pobytu w USA jest odkrycie jak największej liczby koreańskich miejsc! Do tej pory, czyli po pełnym miesiącu w Nowym Jorku, mam na liście kilka miejscówek. Trzy z nich całkowicie skradły moje serce! W tym wpisie chciałabym trochę Wam o nich opowiedzieć. Poniżej znajdziecie krótkie opisy każdego z nich i moje wrażenia. Mam nadzieję, że będzie to dla Was przyjemna lektura 💜 Dajcie znać, czy któreś z miejsc na mojej liście wyjątowo Was zainteresowało!

Literacki raj, czyli BANDI BOOKS


Ten wpis co prawda nie jest rankingiem, ale gdyby był, Bandi Books znalazłoby się na pierwszym miejscu ^^ Moja druga wycieczka do Flushing (azjatyckiej dzielnicy w Queens) podyktowana była wizytą właśnie do tego miejsca, które okazało się totalnie cudowną księgarnią.

Bandi Books skradło moje serce! Wybrałam się tam w celu zakupu podręcznika do nauki koreańskiego, na który poluję już od jakiegoś czasu. Niestety akurat go nie było (o co zapytałam panią sprzedawczynię po koreańsku - widać było, że pozytywnie ją to zaskoczyło), ale to nie przeszkodziło w tym, żebym zakochała się w tym miejscu bez pamięci.


Księgarnia nie jest zbyt duża. Wnętrze nie należy do przesadnie nowoczesnych - powiedziałabym nawet, że wygląda jak biblioteka sprzed kilkunastu lat. Stare regały nie do kompletu, gumowa podłoga, nierozpakowane kartony. Mimo to w środku było przytulnie i ładnie, może też dzięki samemu zaopatrzeniu - piękne, estetyczne i kolorowe okładki koreańskich książek były wystarczającą ozdobą wnętrza. Przeszłam je dookoła z 5 razy - nie mogłam się napatrzeć na ilość hangeula wokół mnie!

Książki podzielone były na kilka różnych kategorii m.in. powieści, książki historyczne, reportaże, o rozwoju osobistym, dla dzieci, poezja. Przejrzałam pobieżnie kilka tytułów i postanowiłam, że kolejnym razem kupię jedną powieść i jedną książkę o rozwoju osobistym. Podczas mojej pierwszej wyprawy zaopatrzyłam się w album TXT "Eternity", w którym znajduje się jedna z moich ulubionych piosenek ^^ Bo tak, w tej księgarni była też wydzielona niewielka część z k-popowymi płytami!


Z księgarni wyszłam po godzinie - naładowana pozytywną energią, zmotywowana do nauki koreańskiego i z albumem ulubionego zespołu w plecaku. I uroczą zakładką z logo księgarni. Myślę, że jeszcze nie raz się tam wybiorę!


K-popowy raj, czyli LINE FRIENDS


Czyli miejsce, o którym zapewne słyszało większośc fanów k-popu - nowojorska edycja sklepu Line Friends! Znalazłam to miejsce przez przypadek, gdy przechadzając się wieczorem po Times Square na Manhattanie, zauważyłam w oddali billboard z logotypem BTS na 10. rocznicę (a uwierzcie, nie tak łatwo było go zauważyć - Times Square w końcu słynie z billboardów, ale prawdziwy k-poper dostrzeże wszystko ^^).

Gdy weszłam do środka... przepadłam. Tuż po wejściu do środka powitała mnie wielka maskotka Browna, przy której oczywiście musiałam zrobić sobie zdjęcie. A później popadałam tylko w coraz większy zachwyt. Ze względu na rocznicę BTS, wszędzie znajdowały się plakaty z postaciami BT21, a większośc asortymentu stanowiły przeróżne gadżety z bangtanowej serii. Tam było WSZYSTKO. Torebki, torby, torebeczki, portfele, skarpetki, plecaki, breloczki, poduszki, maskotki, woreczki (nawet na pranie), dozowniki do mydła, myjki do ciała, ubranka dla kotów (tak), kurtki, czapki, długopisy, notesy, gumki do włosów, kubki, toster... Mogłabym wymieniać i wymieniać. Chyba nie przesadzę, gdy powiem, że znalazłabym tam wszystko o czymkolwiek bym nie pomyślała i to sygnowane BT21.


Poza wspaniałym i nawet momentami zaskakującym asortymentem, w sklepie Line Friends znalazła się także jeszcze jedna świetna rzecz. Autografowane figury BT21! Przy nich również nie omieszkałam zrobić sobie zdjęcia ^^

Podczas mojej pierwszej wizyty w sklepie zaopatrzyłam się w maskotkę Chimmy'ego (tzw. "tatoon plushie", czyli maskotkę, która stoi samodzielnie) i małą torebeczkę podróżną, także Chimmy'ego (Jimin od lat jest jednym z moich ukochanych koreańskich idoli, więc tak naprawdę chciałam kupić wszystko, co było tam z Chimmy'm). Podobnie jak w przypadku Bandi Books, do Line Friends także jeszcze się wybiorę. I zapewne wydam tam jeszcze więcej pieniędzy!


Kawowy raj, czyli UNICORN GLOW


Trzecie miejsce w moim osobistym rankingu zajmuje Unicorn Glow - koreańska kawiarnia, na którą, podobnie jak na sklep Line Friends, natrafiłam przypadkiem. Zobaczyłam ją w pobliżu Bandi Books na mapach Google - bardzo spodobała mi się nazwa i pomyślałam, że przejdę obok niej. Ostatecznie nie tylko obok niej przeszłam, ale weszłam do środka, kupiłam latte z batata i spędziłam tam ok. 40 minut bardzo relaksującego czasu!

Wewnątrz na pierwszy rzut oka nie widać, że jest to koreańska kawiarnia - wystrój wydaje się raczej europejski  Zaraz za drzwiami wejściowymi znajduje się wysoka półka z książkami, wśród których znalazłam sporo biografii amerykańskich polityków i osób publicznych. O koreańskości kawiarni poświadczyło bardzo koreańskie menu, napisane również w hangeulu i zawierające takie przysmaki jak wspomniane latte z batata, latte z czarnego sezamu czy bingsu.


Unicorn Glow było idealnym miejscem, żeby odpocząć i trochę ochłonąć po wizycie w księgarni ^^ Wyobraziłam sobie, jak cudownie byłoby wybrać się tam kiedyś z książką i poczytać lub pouczyć się koreańskiego! Zaskoczyła mnie tam jedna rzecz (z którą zresztą spotkałam się też w Korei) - plakaty na ścianach informujące o tym, że maksymalny czas wizyty wynosi 2 godziny, no chyba że co te 2 godziny zamawia się coś nowego.

Tam pewnie też jeszcze wrócę ^^ Na pewno na bingsu, które jest moim ulubionym koreańskim deserem! Co do samego latte z batata, które piłam - było pyszne. Przywołało wspomnienia o moim pobycie w Korei - tam piłam je litrami!

⭒⭒⭒

Dziękuję, że dotarliście do końca mojej listy! W którymś z kolejnych postów na pewno podzielę się dokładnym spisem wszystkich koreańskich/azjatyckich miejsc w Nowym Jorku - trochę już ich znalazłam!

Trzymajcie się!

Mana ♡



Share
Tweet
Pin
Share
No comments

 


Minął tydzień odkąd przyleciałam do Nowego Jorku.

 Mieszkam w Maspeth, w dzielnicy Queens. To raczej spokojna okolica, głównie mieszkaniowa, z dostępem do podstawowych usług i sklepów. Gdy mojego trzeciego dnia tutaj wybrałam się na pierwszy samotny spacer, nie mając jeszcze amerykańskiego numeru telefonu i dostępu do internetu, bałam się skręcić w jakąkolwiek uliczkę - a to dlatego, że wszystkie wyglądają praktycznie tak samo!


 Kadr z Maspeth. Przez kilka pierwszych dni mojego pobytu, całe miasto było zasmogowane przez pożary lasów w Kanadzie - stąd ta żółta poświata

Przyznam szczerze, że przez pierwszych kilka dni właściwie nie czułam, że jestem w USA, w Nowym Jorku. Domki w Maspeth - niskie, niewielkie, z cegły, przytulone do siebie - przypominają trochę te w Anglii, dlatego też odczuwałam (i w sumie dalej w pewien sposób odczuwam) angielską aurę. W Maspeth znajduje się też spora polska społeczność, więc można natknąć się na polskie sklepy, polskiego dentystę, polski bank, a nawet polską kawiarnię! Z moją rodziną tu w NY rozmawiam po polsku, ze znajomymi z pracy mojej cioci - też. Zapytacie pewnie w takim razie - gdzie ten New York?!


W pierwszą sobotę po moim przylocie, wybrałyśmy się z moją ciocią do Astorii, okolicy mieszkaniowej Queens bliżej Manhattanu. Tam jest już bardziej nowocześnie - wielkie wieżowce, fancy restauracje i sklepy, a przede wszystkim - ogromny park z deptakiem ciągnącym się wzdłuż brzegu, z widokiem na cały Manhattan (Gantry Plaza State Park). Przyjechałyśmy tam w idealnym momencie - powoli zachodziło słońce i zaczynało się ściemniać. Cudownie było obserwować, jak dzienny Manhattan zamienia się w ten drugi, zupełnie inny - nocny, z milionami świateł (to ten, który możecie zobaczyć na zdjęciu zajawkowym).


W niedzielę wybrałyśmy się na wycieczkę już konkretnie na Manhattan. Tętniący życiem, wypełniony ludźmi, głośny, z drapaczami chmur, których wierzchołki ledwo co widać - to zupełnie inny świat. Z każdej strony bije energia tej dzielnicy. Energia ta jest dwojaka - z jednej strony czułam, jak mnie porywa, ale z drugiej momentami byłam nią przytłoczona i przebodźcowana.

W ciągu ok. 5 godzin naszego spaceru zobaczyłyśmy Grand Central Terminal (na którym wysiadałyśmy z metra), St. Patrick's Cathedral, Rockefeller Center, Trump Tower, Bryant Park i sklep Disneya. Przeszłyśmy się także ulicami Times Square i Piątą Aleją. Zrobiłyśmy olbrzymie kółko - a przynajmniej wydawało nam się, że olbrzymie, bo tak naprawdę zwiedziłyśmy może 5% całego Manhattanu!

Tętniący życiem Times Square


Co mogę powiedzieć po pierszym tygodniu w jednej z największych metropolii świata?

Dla mnie Nowy Jork to miasto skrajności.

Jest tu albo idealny spokój i cisza, albo totalny harmider, hałas i tumult ludzi. Jest zen i nieskończona energia. Są wysokie wieżowce, w porównaniu z którymi można poczuć się jak malutka mróweczka, jak i małe, przytulne domki. Są super nowoczesne obszary, jak i te podniszczone (a niektóre wyglądające jak z filmów grozy), sprawiające wrażenie, jakby czas zatrzymał się tam kilkadziesiąt lat temu. Jest amerykańska, pochłaniająca człowieka aura i małomiasteczkowy klimat.

I powiem Wam, że podoba mi się to. Fajnie przez chwilę być częścią tego zupełnie innego świata. Nie mogę się doczekać, co jeszcze tutaj odkryję!

Dziękuję za przeczytanie i mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na dłużej <3


Mana ♡

PS Na pierwszym zdjęciu Manhattan podczas zachodu słońca widoczny z Gantry Plaza State Park



Share
Tweet
Pin
Share
No comments


Raczej nie należę do osób, które lubią się chwalić, ale muszę powiedzieć, że w spełnianiu marzeń jestem całkiem dobra ˶ᵔ ᵕ ᵔ˶

 Gdy jeszcze studiowałam, jednym z moich marzeń było przeprowadzenie wywiadu na scenie - udało mi się to dwukrotnie podczas dwóch edycji gali dziennikarskiej plebiscytu MediaTory. Potem wymarzyłam sobie pracę jako dziennikarka w prawdziwej redakcji, rozmowy z ludźmi i zbieranie materiałów - dostałam pracę w krakowskim oddziale Polska Press. Od 2012 roku moim marzeniem numer 1 był wyjazd do Korei - po 7 latach od pojawienia się w mojej głowie tego pomysłu pojechałam tam na półroczną wymianę studencką. Po zakończeniu studiów zapragnęłam spróbować pracy w koreańskiej firmie - zatrudniłam się więc w polskim oddziale jednej z największych polskich korporacji. 

Teraz czas na spełnienie kolejnego marzenia. 

Bliskie mi osoby o tym wiedzą, inne nie, zatem muszę wspomnieć, że jestem ogromną miłośniczką planowania, pisania w pamiętniku, prowadzenia dziennika i robienia różnych "to-do list" typu 10 rzeczy do zrobienia w tym roku, 20 książek, które chcę przeczytać itp. Uwielbiam to już od kilku dobrych lat, czego efektem jest cały stos zapisanych kalendarzy, plannerów i notesów. Lubię do nich wracać, przypominać sobie, o czym marzyłam na przykład jako 22-latka, jakie miałam wtedy priorytety i plany. Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne, jak zauważyłam, udało mi się osiągnąć, co napełniło mnie wielką dumą z samej siebie. A kilka z nich pozostało niezmiennych. W 2017 roku na przykład na liście moich postanowień znalazł się wyjazd do USA. To marzenie nie było priorytetowe, ale powtarzało się także na listach z 2018 i 2019 roku. 

Teraz, w 2023 roku spełniam to marzenie. I to chyba najlepiej jak się da!

Na początku czerwca lecę do Nowego Jorku, do mojej cioci i zostanę tam do początku września. Co oznacza całe 3 miesiące spędzone w największej metropolii świata i miejscu, które ogląda się w filmach!

(o ile przepuszczą mnie na lotnisku, hehe)

Mówiąc szczerze, nie mam żadnego wielkiego planu na ten czas. Sam fakt odbycia podróży do Stanów jest dla mnie jednym wielkim planem. Chcę zobaczyć, ile się da, poznać tamtejszą kulturę, wchłonąć nowojorską aurę i znaleźć jak najwięcej koreańskich restauracji i sklepów. I podbić nowojorskie redakcje <(˶ᵔᵕᵔ˶)> 

Jestem bardzo ciekawa, jak tam będzie i nie omieszkam dzielić się moimi perypetiami! A tymczasem w fazie przygotowań oglądam filmy z Nowym Jorkiem w tle, słucham na YouTube playlisty "good morning NY/lofi hip-hop mix" i zaobserwowałam na Instagramie mnóstwo kont ze zdjęciami Nowego Jorku 🙉

Żeby nie było, że piszę tego posta tylko po to, aby się pochwalić, chciałabym, żebyście wynieśli z niego następujący przekaz - warto gonić za swoimi marzeniami i nie zniechęcać się, gdy nie możemy zrealizować ich już teraz. Ja na realizację swoich czekałam nawet kilka lat. I nie żałuję. Wiem, że dobre rzeczy wydarzają się w odpowiednim dla nich i dla nas czasie.

Taki sam przekaz miał mój post z 2019 roku, w którym informowałam o wyjeździe do Korei. Sama zastosowałam się do swoich rad i proszę - wyruszam na kolejną wielką przygodę. Życzcie mi powodzenia!! 💜

Trzymajcie się! 

Mana ♡
Share
Tweet
Pin
Share
No comments
Older Posts

O mnie

Cześć! Jestem Mana. W czerwcu 2026 przeprowadziłam się na rok do Korei Południowej do mojego ukochanego miasta - Busan. Uwielbiam jogę, herbatę i taniec, a kiedyś zostanę redaktor naczelną koreańskiego magazynu (ෆ˙ᵕ˙ෆ) Na tym blogu łączę moją koreańską i dziennikarską pasję - opowiadam o moich koreańskich doświadczeniach, tłumaczę koreańskie zawirowania i dzielę się ciekawymi historiami. Mam nadzieję, że miło spędzisz ze mną czas! ❤︎☼

Najczęściej czytane

  • Gwangalli Eobang Festival - największy morski festiwal w Busan
    Gwangalli w Busan jest moją ulubioną plażą - dlatego bardzo się cieszę, że mieszkanie, które wynajmuję na czas rocznego pobytu w Korei znajd...
  • Witajcie w księgarni Hyunam-dong, Hwang Bo-reum - recenzja
          Książka Hwang Bo-reum o kameralnej księgarni w dzielnicy Hyunam w Seulu zyskała ogromną popularność. Tak przynajmniej twierdzi opis na...
  • 5 najładniejszych miejsc w Korei
    Podczas czterech miesięcy w Korei poznałam Busan lepiej niż Kraków. Od poniedziałku do piątku głównie spędzałam czas na terenie m...
  • Dlaczego pojechałam do Korei? Weryfikacja 7 powodów
    Jest na moim blogu taki post sprzed półtorej roku, w którym podaję 7 powodów, dla których chciałam pojechać do Korei (dla ciekawych LINK...

Kategorie

  • koreańska kultura
  • koreańska literatura
  • koreańskie miejsca
  • nauka koreańskiego
  • życie w korei

Szukaj

Facebook Instagram YouTube

Created with by ThemeXpose